reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualności
aktualności
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
JAKO CUP 2026
Galeria
1 LIGA
2 LIGA
3 LIGA
4 LIGA
5 LIGA
6 LIGA
7 LIGA
8 LIGA

[WIOSNA 2025] RAPORT MECZOWY -14 KOLEJKA SEZON 2024/2025

Nie zatrzymujemy się! Za nami kolejna, już 14 kolejka łódzkich zmagań. Tym razem graliśmy na obiekcie Sawo Gruz Arena. 

Warto było zrezygnować z obiadu u teściów i przyjechać na ligę ?. Kto był ten wie, kogo zaś nie było może nadrobić straty i dowiedzieć się co nieco o minionej kolejce. 

Raporty gotowe ❤️


1 LIGA

FC S.V.G triumfuje w pełnym emocji starciu z A.K.S Joker

W pasjonującym pojedynku piłkarskim między A.K.S Joker a FC S.V.G, drużyna FC S.V.G odniosła spektakularne zwycięstwo, pokonując rywali 8:5. Na bohatera spotkania wyrósł Danyil Pavlyshyn, który otworzył wynik meczu i przez cały mecz prezentował najwyższy poziom, zdobywając tytuł najlepszego zawodnika spotkania.

Pierwsza połowa to absolutna dominacja FC S.V.G—zespół z impetem wdarł się w obronę rywali i zakończył tę część gry z imponującym prowadzeniem 6:0. Jednak druga połowa przyniosła zwrot akcji: A.K.S Joker nie zamierzał składać broni i rozpoczął emocjonującą pogoń za wynikiem, zdobywając pięć bramek i przywracając napięcie w końcówce meczu.

Spotkanie było prawdziwym widowiskiem dla kibiców, obfitującym w dynamiczne akcje i bramki—łącznie padło ich aż 13, co podkreśla ofensywny styl obu ekip. Radosław Dąbrowski wyróżnił się w szeregach A.K.S Joker, jednak to Danyil Pavlyshyn był nie do zatrzymania, prowadząc FC S.V.G do triumfu.

 

2 LIGA

ORION ROZBITY W PROCH: JAROS I WASILEWSKI ZDEMOLOWALI GOSPODARZY

 

Orion United zaczęło ten mecz, jakby dopiero co znalazło pilota od telewizora, a nie piłkę. Na boisku panował lekki chaos, a Calcio Trogloditto wjechało z taką energią, jakby miało zamiar wygrać już w 15 minut. Do przerwy było 2:9 – i to nie przypadek, a jasny sygnał, kto dziś rozdaje karty.

Gwiazdą był bezapelacyjnie Szymon Jaros, który zdobył aż 6 goli, pokazując skuteczność godną najlepszych snajperów. Do tego Jan Wasilewski – prawdziwy mózg zespołu – zanotował 7 asyst i dołożył jeszcze dwa gole, rozdając piłki z precyzją zegarmistrza.

Po przerwie Orion próbował się podnieść i zdobył dwa kolejne gole, ale to było za mało, by zatrzymać rozpędzone Calcio Trogloditto. Mecz zakończył się wynikiem 4:15, co jasno pokazuje, kto był dziś lepszy. Jaros i Wasilewski byli nie do zatrzymania, a Orion musi przepracować kilka treningów, by na przyszłość lepiej radzić sobie z tak mocnym przeciwnikiem.

Dla Calcio Trogloditto to była prawdziwa lekcja futbolowej efektywności – minimalny błąd przeciwnika i od razu kapitalne wykończenie akcji. Mecz udowodnił, że w piłce nie liczy się tylko ambicja, ale przede wszystkim zimna skuteczność i dobra współpraca na boisku. Orion może i zostawił serce na murawie, ale dziś to nie wystarczyło. Za tydzień będzie okazja do rewanżu – oby z lepszym skutkiem.

 

To nie był mecz. To była kanonada, rollercoaster i występ cyrkowy w jednym – ale bez klaunów, bo każdy zawodnik zostawił serducho na boisku. KSF Franczesko zaczęło jak z armaty, do przerwy prowadząc aż 8:3. Wydawało się, że po zmianie stron będą tylko kontrolować wynik... ale Anty Futbol miał inne plany. Ostatecznie KSF dowiózł szalone zwycięstwo 14:13, ale łatwo nie było.

Druga połowa to już pełna ofensywna jazda bez trzymanki – piłka niemal nie gościła w środku pola. Obrona? Głównie teoretyczna. Zawodnicy grający z tyłu równie dobrze mogli mieć numery 9 na plecach, bo zamiast bronić, szturmowali bramki.

MVP spotkania? Bez dwóch zdań Damian Moraczewski – 5 bramek i 3 asysty, lider, motor napędowy i prawdziwy profesor w barwach KSF Franczesko. Ale brawa należą się też Sebastianowi Dudkiewiczowi, bramkarzowi Anty Futbol – mimo że puścił 14 goli, uratował swoją drużynę przed pogromem, notując kilka kapitalnych interwencji i trzymając zespół przy życiu w najtrudniejszych momentach.

To był mecz, o którym będzie się mówić do kolejnej kolejki. A może i dłużej.

To było 50 minut czystego tempa – bez kalkulacji, bez cofania się, tylko jazda do przodu i grad strzałów z obu stron. Fortuna Łódź II zdołała wyjść zwycięsko z tej strzeleckiej bitwy, pokonując Leser Siti 10:7, choć rywale nie złożyli broni do ostatniego gwizdka.

Jedną z najjaśniejszych postaci na boisku był Adrian Gradek, bramkarz Leser Siti, który latał między słupkami jak jego dziecięcy idol – Dida. Były interwencje na refleksie, parady z najwyższej półki, a nawet akcje, które pachniały cudami. Gdyby nie on, wynik mógłby być dwucyfrowy już do przerwy.

Ale nawet jego popisy nie wystarczyły, by zatrzymać Tomasza Włoskowicza – tego człowieka nie da się zatrzymać w tej rundzie. 7 bramek i 2 asysty? Brzmi jak gra na konsoli, ale to działo się naprawdę. Był wszędzie: na skrzydle, w środku, przy dobitkach, w kontrze. Fortuna może mówić o szczęściu, mając takiego lidera.

To był mecz pełen ognia, błyskawicznych akcji i potężnych uderzeń. Kibice na trybunach mogli nie nadążać za piłką – i to jest właśnie futsal, jaki chcemy oglądać.

3 LIGA
4 LIGA
5 LIGA

To był mecz dwóch różnych połów. Przez pierwsze 25 minut Qlevel wyglądało jak cień samego siebie – ospali, bez pomysłu, jakby mecz ich zaskoczył. FC Fenix kontrolował grę, prowadził 3:1 i wydawało się, że mają ten mecz w garści. Ale po przerwie… stało się coś niesamowitego.

Qlevel powstał jak prawdziwy Feniks z popiołu – przewrotność losu, że właśnie z tak nazwanym rywalem. Zaczęli grać szybciej, odważniej i przede wszystkim skuteczniej. W ciągu drugich 25 minut zdobyli aż 9 bramek, całkowicie dominując wydarzenia na boisku.

Liderem tej przemiany był Dmytro Berehovyi – 4 bramki i 3 asysty, absolutny bohater, który prowadził zespół do odrobienia strat i wygranej. Ale nie można pominąć też bramkarza Qlevel, który nie tylko bronił solidnie, ale również popisał się dwoma asystami, co jak na golkipera robi wrażenie.

To była piłkarska historia z morałem: nigdy nie skreślaj drużyny, która jeszcze nie skończyła pierwszej połowy. Qlevel udowodniło, że nawet po fatalnym początku można wrócić do gry – i to z jakim rozmachem!

Pierwsza połowa? Rollercoaster. FK Kryvbas grał odważnie, był skuteczny i do przerwy prowadził 4:3. Ale po zmianie stron to AGKS pokazało, dlaczego nigdy nie można ich skreślać – druga połowa to ich pełna dominacja i odrobienie strat z nawiązką. Finalnie skończyło się 8:6, a kibice nie mogli narzekać na brak emocji.

Liderem ofensywy AGKS był Robert Górski, który zaliczył 2 bramki i 2 asysty – idealny balans między snajperem a rozgrywającym. Robił różnicę w kluczowych momentach, często brał grę na siebie i w decydujących fragmentach ciągnął zespół do przodu.

Na drugim końcu boiska swoje zrobił też Rafał Fiks – bramkarz AGKS, który kilkukrotnie uratował wynik świetnymi interwencjami, szczególnie w drugiej połowie, gdy Kryvbas próbował jeszcze wrócić do meczu. Jego pewność w bramce dała drużynie spokój, a reszta już się potoczyła.

To było 50 minut żywego ognia – dużo biegania, dużo walki i pełen pakiet emocji. AGKS znów pokazało, że potrafi odwracać losy spotkań.

To był prawdziwy pokaz charakteru i kondycji, bo Znicz Łódź rozegrał całe 50 minut bez ani jednej zmiany. Zero rotacji, zero odpoczynku – a mimo to rozegrali kapitalne zawody i pokonali Spizganych Futbolem 11:7.

Na tle zmęczonego, choć walecznego rywala błyszczeli liderzy. Kamil Król, bramkarz Znicza, zagrał mecz życia – 2 asysty i gol to jak na golkipera wynik z kosmosu. Nie tylko bronił, ale też doskonale wznawiał i zaskakiwał rywali swoją grą nogami. Drugim bohaterem był Jakub Westwal, autor 2 bramek i 3 asyst – napędzał każdą akcję ofensywną, ciągnął grę, szukał rozwiązań i zdobywał kluczowe gole.

Po stronie Spizganych ponownie show dał Adrian Gradek. Między słupkami był jak orzeł w przestworzach – rzucał się, wyciągał niemożliwe piłki, walczył do końca. Ale dziś trafił na drużynę, która po prostu nie miała zamiaru się zatrzymać.

To był intensywny, szybki mecz na małym boisku, z wieloma akcjami kończonymi strzałami i pressingiem od pierwszej do ostatniej minuty. Znicz udowodnił, że nawet bez ławki można wygrać mecz – jeśli tylko masz serducho do gry i liderów w formie.

 ISKRA BĘBEN ROZGRZAŁA BOISKO DO CZERWONOŚCI – GROBELNY I KOŁTUNIAK ROZSTRZELALI CUCARACHAS! 

Iskra Bęben nie przyszła na żarty, tylko na totalne lanie Cucarachas. Do przerwy było już 6:0, a w tym czasie Piotr Grobelny robił co chciał, wbijając 6 goli jak na zawołanie. Piotr Kołtuniak nie zostawał w tyle i dorzucił 4 trafienia, dokładając cegiełkę do tej demolki. Ich współpraca na boisku była jak dobrze naoliwiona maszyna – Grobelny strzelał, Kołtuniak kreował, a reszta Iskry skutecznie pilnowała tyłów.

Po przerwie Iskra po prostu podkręciła tempo i skończyło się na wyniku 13:2. Cucarachas niby próbowali odpowiedzieć, ale w obliczu takiego bombardowania przez Grobelnego i Kołtuniaka wyglądali, jakby zgubili mapę na boisku i kompletnie nie wiedzieli, gdzie są. Dwa honorowe gole gości to był jedynie delikatny szmer w trakcie koncertu Iskry, który całkowicie zdominowała wydarzenia na murawie.

To był koncert skuteczności i chemii w drużynie Iskry – jeden strzelał, drugi podawał, reszta pilnowała, żeby nikt nie rozbił instrumentów. Cucarachas dali tylko dwa honorowe gole, które były jak pojedyncze dźwięki w symfonii miażdżącej przewagi Iskry Bęben.

 
 
6 LIGA

CEDEPE KLATUU VS FC LEWY – MECZ, KTÓRY WYGLĄDAŁ JAK NOC W LAS VEGAS: ŚWIATŁA, EMOCJE I GOLE JAK ŻETONY

Mecz między Cedepe Klatuu a FC Lewy to była jazda bez trzymanki – coś między brazylijską joga bonito a turniejem FIFA na ostrym gazie. Do przerwy gospodarze prowadzili 4:3 i wszystko wyglądało jak sen – kibice krzyczeli, bramkarz bronił jak w Matrixie, a FC Lewy wyglądało na lekko zamroczone. Ale potem wszedł Volodymyr Marshalok, i całe show się zaczęło. Właśnie ten facet ustrzelił w tym meczu 5 goli. Halimurka, jego prawa ręka, rozdawał asysty z taką łatwością, jakby rozdawał ulotki na Piotrkowskiej, dokładając do swojego dorobku kolejne 4 asysty i goniąc w tej konkurencji Fabiana Kędzierskiego. Duet Marshalok-Halimurka zdemolował gospodarzy dosłownie i emocjonalnie. Bramkarz Klatuu robił, co mógł – był wszędzie, ale nie wystarczyło. FC Lewy odpaliło turbo i z 3:4 zrobiło się 11:8. Totalna demolka. Marshalok pokazał, że jak ma dzień, to nawet Ronaldo z Messim razem wzięci muszą usiąść na ławce. To nie był mecz. To był spektakl. I FC Lewy zgarnęło całą scenę.

To nie był mecz – to była demonstracja siły. Billy Boys od pierwszej minuty grali swoje, ale prawdziwa lawina zaczęła się po przerwie. Wynik 5:0 po pierwszej połowie wyglądał jeszcze w miarę „normalnie”… Ale w drugiej części chłopaki dorzucili 13 bramek w 25 minut! To tempo, przy którym nie da się złapać powietrza, nie mówiąc o organizacji gry.

Dariusz Pabijanek był w trybie „hat-trick co 8 minut” – 6 bramek, 1 asysta, ale to nie statystyki były najważniejsze. On po prostu wykańczał każdą akcję z zimną krwią. Do tego Lukian Kotiuk, autor 3 asyst i 2 bramek, który rozrzucał piłki z precyzją chirurga – był reżyserem tej demolki.

Ale największa ciekawostka? Bartłomiej Wieczorek, bramkarz Billy Boys, został pierwszym golkiperem w historii 6. ligi, który nie tylko zachował czyste konto, ale też strzelił gola w tym samym meczu! Rzadka kombinacja, a w takim meczu – w punkt.

Dla Szybkich i Zgrzanych ten mecz był bolesną lekcją. Dla Billy Boys – wieczorem do zapamiętania. A dla ligi? Mocny sygnał, że ta ekipa nie przychodzi na mecze tylko pograć.

Wsioki z Łodzi rozgrzały Knurinhos do czerwoności – Fabian Kędzierski rozstrzelał rywali!

Mecz Knurinhos kontra Wsioki z Łodzi to była prawdziwa petarda, która rozgrzała trybuny do czerwoności! Do przerwy było jeszcze gorąco – 5:6, walka na noże, żadna ze stron nie chciała odpuścić. Ale w drugiej połowie Wsioki pokazały, kto tu rządzi. Mimo że grali przez długi czas w pięciu, młoda, dynamiczna ekipa z Łodzi trzymała się jak w zegarku i powoli, ale skutecznie zaczęła rozbijać defensywę przeciwnika.

Król strzelców ligi, Fabian Kędzierski, dorzucił kolejne 5 goli, tym samym jeszcze bardziej umocnił się na tronie snajperów. Jego forma to był prawdziwy kosmos – każdy strzał to jak petarda, której nie da się zatrzymać. Wsioki udowodniły, że młodość i dobra organizacja to zabójcze połączenie, bo mimo przewagi rywala w liczbie zawodników, kontrolowali grę i finalnie wygrali 12:5.

Knurinhos mogli co najwyżej patrzeć, jak ich rywale rosną w siłę. Ten mecz to była lekcja determinacji i futbolowego rozumu. Wsioki z Łodzi pokazali, że nawet w osłabieniu można zdominować przeciwnika, jeśli ma się głowę na karku i nogi do biegania!

MIŚKIEWICZ SHOW!

Mecz między Tigers a Zibi Team to była prawdziwa piłkarska jazda, ale bez dwóch zdań największą gwiazdą wieczoru był Michał Miśkiewicz, bramkarz gospodarzy, który grał jak z innej planety. Do przerwy Tigers prowadzili spokojnie 3:0, ale prawdziwy popis swoich umiejętności dał właśnie Miśkiewicz. Gość miał refleks jak kot po espresso, a jego interwencje były tak precyzyjne i efektowne, że można było pomyśleć, że oglądamy highlighty z najlepszych lig świata. Bronił jak mur nie do przebicia, a każda piłka zmierzająca w stronę jego bramki, wyglądała jak wyzwanie, które po prostu musiał podjąć – i robił to z taką łatwością, że aż ciężko było uwierzyć.

Druga połowa to już koncert Tigers, którzy dołożyli jeszcze pięć bramek, zamykając mecz wynikiem 8:2. Zibi Team niby próbowali walczyć, ale przeciwko Miśkiewiczowi nie mieli praktycznie żadnych szans. Mimo to, ich walka wyglądała solidnie, tylko że kiedy w bramce stoi taki facet, nawet najlepsze strzały nie mają racji bytu.

Michał Miśkiewicz pokazał, że czasem to nie napastnicy, a właśnie bramkarze potrafią kraść show i decydować o wyniku meczu. Jego forma tego dnia była jak tarcza – żadna piłka nie przeleciała przez nią bez walki. Tigers mogli być spokojni, bo z takim bramkarzem na plecach ich wygrana praktycznie nie była zagrożona. Zibi Team wracają do domu z nauczką, ale też z respektem dla rywala, który w tym dniu był po prostu nie do przejścia.

Reklama

Tabela

Social Media

Youtube

Reklama

Sponsorzy i Partnerzy