HISTORIA REALNA - AKS JOKER
HISTORIA REALNA drużyny AKS JOKER !
Artykuł trafia na biurko prezesów Superbet! Zapraszamy do lektury!
A.K.S. Joker – Historia Realna.
A.K.S. Joker – Początek.
Wszystko to wydaje się takie banalne i proste. Grupa osób kochających piłkę spotyka się i zakłada drużynę, która od 2015 roku trwa nieprzerwanie do dnia dzisiejszego. Koniec historii. Oczywiście tylko z pozoru cały ten proces jest tak nieskomplikowany. Tak naprawdę, na początku był… chaos. Bo zazwyczaj wielkie rzeczy i fajne projekty biorą się z nieporządku i bezładu, z którego z czasem formuje się piękna i wyjątkowa rzeczywistość.
Taka jest właśnie historia A.K.S. Joker. Jedna osoba, Gabriel, od małego wspólnie z bratem kochający piłkę nożną, wpada na pomysł stworzenia drużyny złożonej ze swoich przyjaciół, kolegów, znajomych, osób bliskich, które podobnie jak on zawsze chętnie spotkają się w sposób nieformalny, żeby po prostu „pójść sobie pokopać”. Ziarno trafia na podatny grunt. Drużynę trzeba jakoś nazwać. Pomysłów jest wiele, KP Aleksandrów, AC Aleks, czy bardziej zachodnio - FC Alex, AFC Alexandrowo, to tylko niektóre z pomysłów, które brzmią fajnie, ale w rzeczywistości nie odzwierciedlają charakteru tej drużyny. Nagle ktoś rzuca: „A może, Joker?”. Na grupie pada konsternacja. „Dlaczego nie? Fajny pomysł. Mi pasuje. Podoba mi się”. Akceptacja następuje natychmiastowo. Ktoś dodaje, „a może A.K.S. Joker?” Wszyscy jednogłośnie przyklaskują. Nazwa jest świetna. Aleksandrowski Klub Sportowy Joker – ta nazwa, po rozwinięciu nie dość, że wiele mówi o samej drużynie, o jej korzeniach, to po prostu jej skrót świetnie wygląda.
Warto w tym miejscu zastanowić się, czym w ogóle, a może kim jest Joker? Niektórzy twierdzą, że nasza nazwa nawiązuje do jednego z bohaterów serii komiksów, a potem filmów, o człowieku nietoperzu, który nocami bawi się w zbawianie świata. Oczywiście, że wielu z nas docenia ten rodzaj kina, który prezentowany był w serii o Batmanie, jednak etymologia nazwy naszej drużyny jest trochę inna. I nawiązuje do pierwotnego znaczenia samego słowa „Joker”.
W talii kart, ta, która jest określana mianem Jokera, w różnych typach gier, zawsze jest wyjątkowa. Posiada swego rodzaju moc, która czyni z niej kartę najsilniejszą, a jednocześnie najbardziej nieprzewidywalną. Joker może pojawić się w dowolnej chwili i odmienić losy całej rozgrywki, czyniąc zwycięzcę z osoby, która do tej pory w karcianym boju była bliska porażki. Podobnie w żargonie piłkarskim, a szerzej – sportowym - mianem „Jokera” określa się zawodnika, który ma wejść na boisko i dzięki swoim umiejętnościom odmienić losy spotkania, rozgrywki, czy toczącego się pojedynku. Z kolei w tarocie Joker przedstawia ciekawy typ osobowościowy. Mianowicie jest to osoba, która podąża własną drogą, jest niezależna i wolna od lęku. Tacy są właśnie wszyscy, którzy mentalnie są „Jokerami”. Indywidualiści, posiadający własne talenty i nie bojący się przeciwników. Jokerem trzeba się urodzić.
Tyle o samej nazwie. Wracając do początków naszej drużyny. Częste spotkania, radość, która bierze się z gry, ale też z widywania się poza boiskiem, wspólnych rozmów, zabaw, imprezowania, powodują, że grupa jokerowa, staje się coraz bardziej sformalizowana. Decyzja o dołączeniu do jakichś amatorskich rozgrywek rodzi się dość naturalnie. W tym czasie coraz większą popularnością cieszą się rozgrywki organizowane na przyszkolnych i osiedlowych Orlikach. Dlatego też i Joker zapisuje się do tej amatorskiej ligi .
A.K.S. Joker – Historia sukcesów i upadków.
Początki nie są łatwe. Okazuje się, że w amatorskich rozgrywkach jest sporo drużyn. Joker zaczyna od V ligi. To niewiarygodne, że jest aż tyle zespołów. O dziwo umiejętności innych niekiedy są naprawdę na wysokim poziomie. Ale Joker jest wyjątkowy. Pomimo początkowych problemów melduje się w końcu w IV lidze, z czasem do legendarnych urastają mecze z Atlantidą, PinkBears, czy Rangers Łódź. Każdy mecz z tymi drużynami jest na styku. Jednak wciąż Jokerowi brakuje postawienia kropki nad „I”. Zdarzają się mecze, w których prowadzi różnicą kilku bramek, a w końcowym rozrachunku i tak przegrywa. Każdej drużynie zależy na zwycięstwie, każda walczy do końca, dla każdej amatorskie rozgrywki stają się powoli czymś więcej.
Joker się nie poddaje. Systematycznie, powoli, buduje swoją siłę. Gra coraz więcej i coraz częściej. Zwycięstwa są ważne, ale nie najważniejsze. Atmosfera staje się kapitalna. Weekendowe mecze często kończą się późniejszymi spotkaniami, świętowaniem czyichś urodzin z drużyny, wspólnym oglądaniem wydarzeń sportowych, graniem w FIFĘ, dobrą zabawą. Piłka daje nam radość. Nawet jeżeli nie wygrywamy, osoby postronne, które akurat przechodzą obok boiska, zatrzymują się z zaciekawieniem oglądając pojedynek drużyn i mówią – kurde, przegrywacie, ale naprawdę pięknie gracie.
I taki właśnie zaczął być Joker. Cieszenie się grą. Radość, która rodzi się z uprawiania tej najpopularniejszej dyscypliny sportu aż „kipi” z naszej drużyny. Gramy pięknie. Widać, że wszystko co nas otacza zaczyna układać się w idealną harmonię. Zwycięstwa przychodzą same. Awans z V ligi, z IV, z III staje się powoli formalnością. Gramy coraz lepiej. Zaczynamy być zauważani. Drużyny z I ligi nie chcą na nas trafić w innych rozgrywkach, bo wiedzą, że jesteśmy groźni. Szczytowym momentem jest rok 2020/2021. Na mecze przychodzą nasi znajomi, rodziny, koledzy. Ilość naszych kibiców robi wrażenie na przeciwnikach. Joker staje się w Aleksandrowie drużyną, która ma coraz więcej followersów na FB i coraz więcej osób chce oglądać naszą grę, żeby cieszyć się piłką razem z nami. W II lidze, 25 meczy, 25 zwycięstw. Ten sezon przejdzie do historii. Stajemy się faworytami wszystkich mniejszych i większych turniejów w jakich bierzemy udział.
Przy okazji gry w amatorskiej lidze startujemy również w turniejach regionalnych. I regularnie meldujemy się w czołówce każdego z nich. Nawet jeżeli nie wygrywamy to jesteśmy uznawani za drużynę, która gra po prostu najpiękniej. To nam wystarcza. Przysłowiowy „puchar za udział” nie jest dla nas żadną ujmą, ponieważ wiemy, że nasza gra cieszy oko.
Awans do I ligi wiąże się jednak z pewnymi działaniami. Wiele osób chce grać i chce być w A.K.S. Joker. Kapitan podejmuje decyzję o stworzeniu rezerw. Do meczy w I lidze przystępujemy z nadzieją na podbicie ligi. Ale… rzeczywistość okazuje się brutalna. Wiele porażek, utrata radości z gry, w konsekwencji 10 miejsce w lidze i szczęśliwe utrzymanie się. Cała układanka zaczyna się rozsypywać. Porażki rodzą frustracje. Wśród mężczyzn, gdy po boisku biega tyle testosteronu i ambicji, atmosfera czasami bywa tak gęsta, że można by ją ciąć nożem. Coraz częstsze zaczynają być wzajemne pretensje o brak zaangażowania. Niektórym po prostu przestaje zależeć.
W tym czasie A.K.S. Joker B, drużyna złożona z rezerw, z trudem, bo z trudem, ale awansuje do II ligi. Jednak widać w tej drużynie świeżość i radość z gry. Nawet jeżeli coś nie wychodzi, to jest widoczne wzajemne wsparcie i walka do końca, w każdym meczu, bez względu na wynik.
Decyzja kapitana może być tylko jedna, wycofujemy się z gry w I lidze. Z drużyny odchodzą osoby, którym nie zależy, a my próbujemy wrócić do takiej gry, jaka interesuje nas najbardziej, do tej, która sprawia nam radość.
A.K.S. Joker– Reanimacja.
Historia doprowadziła naszą drużynę z powrotem do korzeni. Trzon zespołu pozostał niezmienny od wielu lat. Garbyś, Kuba, Baran, Seba, Krzysiu, Magnes, Pawlak, to Ci z najdłuższym stażem, pamiętający początki Jokera. Do tego są zawodnicy, którzy dołączyli trochę później, tacy jak ja, czy Zdziechu, którym zależy na tym, żeby Joker trwał. Są też osoby będące w Jokerze stosunkowo od niedawna, ale takie, które wnoszą coś do naszej drużyny, którzy za każdym razem, gdy są na boisku zostawiają na nim serce: Maju, Basian, Radziu, Bielas, Igor, Cieślak. Czy najkrótsi stażem w jokerowej rodzinie Dybson i Skrzetu.
Przystępujemy do Ligi Fanów z nadzieją na odbudowanie atmosfery, na powrót radości z gry. Powoli widać, że to się udaje, że ta reanimacja działa, a nasz Joker powstaje powoli jak Feniks, silniejszy, twardszy, znowu zwycięski, ale przede wszystkim cieszący się atmosferą gry.
Nasz zespół miał swoje wzloty i upadki, jednak wciąż pozostajemy i trwamy. Wiele drużyn nie przetrwało kryzysów. Od 2015 roku w Aleksandrowie powstało co najmniej 10 amatorskich zespołów, został tylko A.K.S. Joker. Podobnie w Łodzi, wiele ekip powstaje, po 2-3 latach zostaje rozwiązana, lub łączy się z innymi. Ale nasz Joker istnieje i wciąż będzie istniał.
Mój A.K.S. Joker.
Nie mogę pominąć tak ważnego faktu jak mój osobisty udział w tej drużynie i tego czym dla mnie był i jest A.K.S. Joker. Jednak zanim o tym opowiem, muszę powiedzieć o swoich początkach z tym sportem.
Piłkę nożną kochałem od zawsze. Mam to szczęście w nieszczęściu, że dorastałem w latach ’90, kiedy boisk w każdym mieście, a w szczególności tak małym jak Aleksandrów Łódzki, po prostu było bardzo mało, a granie na „zielonej trawie” praktycznie graniczyło z cudem. Boisko, na którym się grało przypominało wielką piaskownicę i znajdowało się przy szkole podstawowej, do której uczęszczałem. Jeżeli miało się szczęście i nie było zajęte przez „starszych”, to można było sobie po nim pobiegać za futbolówką. Po każdym kopnięciu, czy intensywniejszym sprincie w górę wzbijał się piaskowy kurz, wślizgi czy interwencje bramkarskie wiązały się z ryzykiem mniejszych albo większych kontuzji. Regułą były pozdzierane do krwi kolana, czy łokcie. W centralnej części boiska i pod bramkami, gdy piach odpowiednio się ułożył, można było uderzyć się o wystający…krawężnik. Kolorytu dodawał deszcz, który zamieniał boisko w jedno, wielkie bagno. Pomimo to, zagranie na tym boisku często było utrudnione, ponieważ po prostu było cały czas zajęte.
Pomysłowość dziecka jest jednak wielka. Gdy jest się młodym żadną przeszkodą nie jest brak miejsca do gry. Dodatkowo w tym najpiękniejszym na świecie sporcie cudowne jest to, że wystarczy tylko piłka, żeby móc w nią grać. Bramki, regularnie zarysowane linie boiska, pola karnego, to wszystko jest jedynie dodatkiem. Najważniejsza jest ona, idealnie okrągła, z czasem pozdzierana, łatana. Chyba dlatego tak cały świat kocha ten sport, bo można go uprawiać wszędzie. Piłkę można kopać samemu, we dwójkę, w 20 osób. Chyba dla wszystkich, którzy pamiętają lata ’90 i początek XXI wieku boiskami były przyblokowe trzepaki, a wielkimi stadionami i miejscami regionalnych pojedynków, blok X na blok Z, parkingi, które w tym czasie świeciły jeszcze pustkami, czy zielone miejsca, gdzie bramkami były rzucone niezdarnie plecaki albo rosnące blisko siebie drzewa.
W piłkę grało się wszędzie gdzie była odrobina miejsca. Oczywiście niektórym osobom nie odpowiadało to, zawsze znalazł się jakiś sąsiad, któremu przeszkadzały krzyki wesołych chłopaków biegających za piłką. Ale mieliśmy to w nosie. Grało się i to grało się całymi dniami. Pamiętam Mistrzostwa Europy w Anglii w 1996, czy Mistrzostwa Świata we Francji w 1998, wtedy udawaliśmy, że jesteśmy drużyną angielską, niemiecką, francuską, czy wspaniałą Brazylią i rozgrywaliśmy własne mistrzostwa. Ja zawsze kochałem Holandię, udawałem, że zamieniam się w Van Der Sara, staję na bramce i jestem jak ściana. Pamiętam, że uwielbiałem w tym czasie też niemiecką legendę, Andreasa Kopke, czy meksykańskiego Jorge Camposa. Kto dziś pamięta tych zawodników? W mojej drużynie chyba już tylko ja…
Tak właśnie rodziła się wielka miłość do piłki, miłość, która trwa do dziś. Oczywiście z czasem człowiek dorósł, grał coraz rzadziej, ale mimo wszystko regularnie. Niestety życie moje potoczyło się tak, że nigdy nie miałem okazji grać bardziej profesjonalnie, spełniać swoich dziecięcych marzeń o pobijaniu świata swoją grą.
Dodatkowo, zawsze byłem większy, czy co tu dużo kryć, grubszy od innych. Jednak na boisku jakoś mi to nie przeszkadzało. Nie przeszkadzało mi to, że ktoś, kto mnie nie znał, myślał, że „gruby na bramce”, jest tam tylko dlatego, że nie potrafi biegać, że jest powolny. Ktoś, kto mnie tak odbierał, z czasem na własnej skórze doświadczał tego jak bardzo się mylił. Bo ten grubas na bramce jednak często był po prostu lepszy od niego.
Życie moje potoczyło się tak, że po liceum jakoś odszedłem od regularnych gier. Pomimo, że w Polsce jak na drożdżach powstawały Orliki, o dziwo świecące pustkami, ja nie miałem czasu spotykać się ze znajomymi i grać. Człowiek po prostu dorósł, musiał żyć, uczyć się, pracować. Problemy dnia codziennego nie pozwalały mu na częsty i regularny ruch. Zaniedbałem się. W szczytowym momencie doszedłem do wagi 120-130 kilo, przy wzroście 176 cm. Gdy zdarzało mi się pójść pograć, to bardzo odczuwałem to następnego dnia. Bóle kolan, wszystkich stawów, były regularnością. Z czasem po prostu nie chciało mi się już nic…
I wtedy, gdy byłem trochę na wewnętrznym zakręcie, spotkałem na swojej drodze ludzi, którzy uwierzyli we mnie i moje mniejsze, czy większe umiejętności. Gabrysia i Kubę znałem wcześniej, są braćmi Darka, męża mojej kuzynki. Zawsze wiedziałem, że grają świetnie w piłkę. Pewnego razu poznałem też ich kolegów, Bartka i Krzyśka. Poszliśmy pokopać, tak po prostu. Był rok 2018. Krzysiek był pod wrażeniem tego, że pomimo swojej masy, potrafiłem tak świetnie bronić między innymi jego strzały, a w akcjach sam na sam, o dziwo, zdarzało mi się być dość szybkim i na tyle elastycznym, że broniłem często w beznadziejnych sytuacjach.
Krzysiek namówił Gabrysia. W tym czasie Joker szukał drugiego bramkarza, ponieważ jeden odszedł. Zagrałem raz, drugi. Chłopaki we mnie uwierzyli. W tym, grubo ponad stukilowym facecie, okrągłym jak piłka, dostrzegli jakąś wartość. Nie oceniali, nigdy mnie nie obrażali. Może ze względu na to, że byłem od nich starszy? A może dlatego, że po prostu są na tyle mądrzy, że nie patrzyli na mnie nigdy poprzez pryzmat wyglądu.
Wkręciłem się. Na mecze przychodziłem z przysłowiowym „bananem na twarzy”. Zdarzały mi się lepsze i gorsze mecze. Zawsze jednak miałem wsparcie chłopaków. Ja starałem się, w miarę możliwości, regularnie przychodzić i grać. Zaczęło to procentować. Czułem się coraz lepiej, forma moja rosła. A ja wiedziałem, że żeby dorównać młodszym od siebie muszę o siebie zadbać. Udało mi się zejść z rozmiaru XXL, do L. W ciągu kilkudziesięciu miesięcy schudłem do 90 kilo, tą wagę trzymam do dnia dzisiejszego. W tym czasie przez A.K. S. Joker przewinęło się wielu zawodników, wielu bramkarzy, a ja jestem i trwam. Zawsze gotowy do stawienia się na boisku i do gry, dla siebie, ale też dla tych chłopaków, którzy we mnie uwierzyli.
W wieku ponad 30 lat spełnia się moje marzenie gry w fajnej drużynie, z własnymi strojami, na pięknych boiskach. Robię to, o czym marzyłem będąc dzieciakiem, tarzającym się w piaskowym kurzu pseudo boisk w latach ’90. Warto było czekać.
Mogę powiedzieć, że kocham tą drużynę, kocham tych chłopaków, którym tak wielką radość sprawia po prostu gra w piłkę. Wiadomo, że nieraz są nerwy, że tam gdzie są faceci padają czasami ostre słowa, niekiedy większe, czy mniejsze uszczypliwości, ale wszystko to odbywa się w atmosferze wzajemnego szacunku i zrozumienia. Nie każdy w naszej drużynie, w tym również ja, ma umiejętności, które predysponują go do bycia wielkim, wybitnym zawodnikiem, ale każdy ma serce i chęć do gry. A to sprawia, że Joker przetrwa, a ja będę w nim grał tak długo jak będzie starczać mi sił. Kto wie, może za kilkanaście lat mój syn stanie się moim następcą? Kolejnym Jokerem z wielkim sercem do gry?
Właśnie taki jest mój Joker. Walczy do końca, nie poddaje się, a przy tym wszystkim szanuje rywali i po prostu bawi się tą piękną grą, jaką jest piłka nożna. Historia naszej drużyny jest tak bardzo ciekawa jak życiorysy każdego z nas. Piękne jest to, że połączyła nas wszystkich miłość do tego sportu, bez względu na wiek, wygląd, bez względu na te wszystkie różnice, jakie są między każdym z nas, łączyć będzie nas też zawsze A.K.S. Joker.



